Pierwsza impresja - Sony a200

Z sentymentu do Minolty postanowiłem spróbować jednej z pierwszych lustrzanek Sony, gdzie duch Minolty jest jeszcze odczuwalny.

Pierwsza impresja - Sony a200

Cóż, pierwsze co mi się rzuciło w oczy, lub raczej w ręce, to jakość wykonania. Jest naprawdę licha, w sensie, plastik jest jakiś taki...plastikowy. W porównaniu z równie budżetowymi aparatami z tego okresu czyli Nikonem D40 czy Olympusem E-420 jest spora różnica. Sony wypada przeciętnie.

Drugą rzeczą, tym razem na plus, jest to, że przyjemnie się trzyma. Uchwyt jest dobrze wyprofilowany, waga taka jak lubię. Z obiektywem ze zdjęcia balansuje naprawdę fajnie. Ergonomia przycisków i ich ilość też na plus.

Ciężko póki co oceniać jakość zdjęć czy szybkość ostrzenia, ale te kilka salonowych pstryków zwiastuje raczej przyjemne doświadczenie.

Dlaczego Sony a200?

Cóż, jeżeli kiedykolwiek interesowałem się produktami Sony z bagnetem A, to tylko dla tak zwanego DNA Minolty. Wybrałem więc relatywnie wczesny model, który jest jakkolwiek spokrewniony z Minoltą 5D. A to wszystko przez to, że za młodu używałem Minolty 505si, którą bardzo lubiłem. Nie byłoby w pełni nostalgicznego doświadczenia, gdybym nie dołożył godnego obiektywu - Minolta 50mm f/1.7 z 1985 roku jest więc wyborem idealnym.

No i mam. Kolejny staroć w szafie.

Na dniach postaram się coś więcej poużywać tego zestawu i może nawet podzielić zdjęciem.